Własność Intelektualna i Prace B+R
Paula Pul
Paula Pul
30 października 2013

Prawo autorskie w biznesie – wywiad z Aleksandrą Maciejewicz i Paulą Pul

Wywiad dla creatives.waw.pl z 30 października 2013.

Czy jest to prawda, że raz rzecz umieszczona w internecie traci swoją prawną ochronę?

PAULA PUL : Gwoli ścisłości – w Internecie obowiązuje to samo prawo, które obowiązuje poza Internetem. W dużym skrócie, osobiste prawa autorskie w ogóle nie podlegają zbyciu ani zrzeczeniu się. Są także nieograniczone w czasie – autorskie prawa majątkowe trwają zwykle 70 lat od śmierci twórcy. Nie zmieni tego fakt umieszczenia dzieła w Internecie. Z kolei majątkowe prawa autorskie są przenoszalne, ale na podstawie umowy lub dziedziczenia. Trudno domniemywać, że umieszcznie czegoś w Internecie jest tożsame z zawiązaniem umowy albo z dziedziczeniem.

 ALEKSANDRA MACIEJEWICZ:  Kiedyś przeczytałam w pewnym wywiadzie, że Internet to jakaś “publiczna przestrzeń” i można dowolnie wykorzystywać zawarte w nim dzieła. Nie znam takiego prawa. Być może autorka miała na myśli “domenę publiczną”, do której należą utwory, do których prawa autorskie (majątkowe) wygasły, lub do których autorzy zrzekli się praw autorskich lub mocno się w nich ograniczyli (np. udostępniając utwory na jednej z licencji typu Creative Commons). Domena publiczna definiowana jest jako abstrakcyjny zbiór utworów, które nie są kontrolowane, zabezpieczone czy zawłaszczone przez kogoś na mocy systemu monopolu prawnoautorskiego. Określenie to ma wskazywać, że utwory są “własnością publiczną”, a więc jest rozumiana jako narzędzie gwarantowania dostępu do nauki, edukacji i kultury.

PAULA PUL: Jeszcze odnośnie wyzbycia się praw po wrzuceniu utworu do Internetu. W polskim systemie prawa autorskiego nie istnieje możliwość do przeniesienia utworu do domeny publicznej przed upływem okresu ochrony.  Jedyną możliwością na udzielenie zgody na dowolne wykorzystanie dzieła jest udzielenie wolnej licencji.

A jak jest z kwestią kopiowania dzieła? Czy można kopiować czyjeś dzieło w sieci podpisując je lub wskazując na konkretne źródło?

ALEKSANDRA MACIEJEWICZ: Kopiować dzieło, zapisywać na dysku czy drukować, na własny użytek i użytek Twoich bliskich – tak. Jako dalsze rozpowszechnienie dla mniej lub bardziej niezidentyfikowanej rzeszy odbiorców – nie. Te warunki, o których wspominasz, to wymóg ustawowy, w razie niemal każdej publikacji dzieła. Generalnie, prawa osobiste oraz majątkowe gwarantują uprawnionym, że bez ich zgody nie można swobodnie korzystać z chronionych utworów. Jednakże istnieje kilka wyjątków od tej reguły, jednym z nich jest tzw. dozwolony użytek chronionych utworów. Można korzystać z utworów w granicach dozwolonego użytku pod warunkiem wymienienia imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Oprócz tego wskazanego wcześniej, czyli dozwolonego użytku osobistego, istnieje jeszcze tzw. prawo przedruku albo dozwolony użytek w celach naukowych czy dydaktycznych. Jednak zanim skopiuje się utwór w ramach dozwolonego użytku warto zapoznać się ze szczególnymi przesłankami. Każdy użytek ma swoje właściwe warunki stosowania, często ignorowane, co skutkuje powstawaniem różnych mitów które krążą po Internecie, szczególnie na forach. Pamiętać należy też, że szczególnym przypadkiem są utwory architektoniczne oraz programy komputerowe, które stanowią wyjątek w szczególności pod względem formy ochrony.

W takim razie czy mitem jest to, że jeżeli dzieło nie ma żadnych oznak, świadczących o przysługujących mu prawach autorskich, to można go używać dowoli?

PAULA PUL: Kompletnym, przynajmniej w Polsce. Prawie we wszystkich innych krajach też zrezygnowano z tego wymogu. Nasza ustawa mówi wprost: ochrona przysługuje twórcy niezależnie od spełnienia jakichkolwiek formalności. Domyślam się, że masz tu na myśli ‚r’ albo ‚c’ wpisanych w okrąg. Pierwsze, to skrót od “registered” co oznacza, że dany znak towarowy został zarejestrowany we właściwym urzędzie patentowym. Przedsiębiorca, który zastrzegł znak, może, ale nie musi, umieszczać w sąsiedztwie swojego np. logo, litery R wpisanej w okrąg. Natomiast zabronione jest oznaczanie tym symbolem znaku, który nie został zarejestrowany, za co może grozić grzywna. Drugie z oznaczeń to skrót od “copyright” co oznacza prawo autorskie. Umieszczenie odpowiedniego oznaczenia co najwyżej wzmacnia ochronę przez ostrzeżenie skierowane do odbiorców. Pozwala ewentualnie uzyskać w sądzie większe lub dodatkowe odszkodowanie, ale umieszczanie tych symboli nie jest konieczne, aby dzieło było chronione.

W takim razie skąd wzięło się przeświadczenie, że można korzystać z dzieł danego autora tak długo, jak nie czerpie się z tego powodu korzyści finansowych?

ALEKSANDRA MACIEJEWICZ: Z instytucji dozwolonego użytku. Wszystkie mają wspólną zasadę – dozwolony użytek nie może naruszać normalnego korzystania z utworu lub godzić w słuszne interesy twórcy. Jak to się „ładnie” mówi: eksploatacja dzieła nie może prowadzić do ekonomicznej konkurencji z korzystaniem, które nie jest objęte dozwolonym użytkiem. Czyli mówiąc wprost – nie można zmniejszać dochodów twórcy. To popularne przeświadczenie, o którym mówisz, może co najwyżej wpływać na wysokość odszkodowania przyznawanego przez sąd, jeżeli złamiesz monopol autorski. W tym kontekście należy uważać nawet odnośnie materiałów objętych określoną licencją Creative Commons np. na blogu masz zdjęcia udostępniane na licencji Creative Commons. Blog zaczyna przynosić dochód i już nie możesz w nim publikować takich materiałów albo powinieneś się zwrócić się o zezwolenie na ich wykorzystanie.

W przypadku wykorzystywania części danego dzieła, łamię prawo autorskie?

PAULA PUL : Zależy jak z niej korzystasz. Jeżeli w formie cytatu na warunkach ustawowych – nie. Korzystanie w zakresie dozwolonego użytku nie wymaga zgody uprawnionego lub reprezentującej go organizacji zbiorowego zarządzania. Przy czym na prawo cytatu należy uważać np. na różnych forach często spotykam się z teorią, iż można wykorzystać dowolnie 3 sekundy z czyjegoś utworu – bez pozwolenia i bez konsekwencji. Tak nie jest, może to co najwyżej stanowić wskazówkę w kwestii wielkości dozwolonego zakresu cytatu.

ALEKSANDRA MACIEJEWICZ: Pamiętać też trzeba, że wykorzystanie cudzego utworu w postaci innej niż oryginalna może prowadzić do powstania jego opracowania np. w formie przeróbki lub wkroczenia w autorskie prawa osobiste (czyli np. prawo do rzetelnego, zgodnego z wizją artystyczna wykorzystania utworu). Zgodę na takie działania może udzielić tylko uprawniony (twórca), gdyż organizacje zbiorowego zarządzania tego typu prawami nie zarządzają. Tutaj znowu trzeba wspomnieć o innych przypadkach dozwolonego użytku oprócz prawa cytatu – np. prawo przedruku, dozwolony użytek w celach naukowych, gdzie wykorzystywania części danego dzieła nie jest łamaniem prawa autorskiego.

Od czasu do czasu słyszy się o błędach na tym polu popełnianych zarówno przez małe jak i duże firmy. Znajomość prawa autorskiego kuleje w biznesie?

PAULA PUL: Jak każdego prawa, dopóki różne urzędy, inspektoraty i rzecznicy nie wymogą od przedsiębiorców zainteresowania danym aspektem prawa przez różne kontrole i sankcje. Tak samo byłoby prawdopodobnie z prawami konsumentów albo przestrzeganiem bhp (tak na marginesie – dziełem w rozumieniu ustawy o prawie autorskim są także instrukcje bhp), gdyby nie zaangażowanie różnych instytucji. Jednak najważniejszą przyczyną takiego stanu rzeczy jest sam niski poziom znajomości prawa autorskiego wśród uprawnionych. Gdyby twórcy bardziej dbali o swoje prawa, upominali się o nie, dochodzili należnych im uprawnień, wzrosłaby tym samym świadomość prawa autorskiego wśród osób je wykorzystujących. Samo określenie, którego używa się odnośnie praw twórców tj. monopol autorski, świadczy już o zakresie uprawnień autorów. Nasza ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych daje dużo możliwości do różnych manewrów m.in. kontraktowych, po których może się okazać, że szaty graficznej strony internetowej nie wolno zmienić bez pozwolenia twórcy, a zakupionych materiałów reklamowych wykorzystać w druku cyfrowym.

Pooperujmy na konkretnym przykładzie. Ostatnio w grze “GTA 5” wykorzystano bezprawnie dwa utwory amerykańskiego rapera. Jak mogło w ogóle do tego dojść?

ALEKSANDRA MACIEJEWICZ: Szczerze mówiąc – nie wiem. W Ameryce, kapitalistycznym kraju, własność intelektualna jest niemal święta, Departament Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych ma swoje specjalne „task force” ds. własności intelektualnej, a w walkę z jej naruszeniami silnie zaangażowane jest FBI. W połączeniu ze śmieszną sumą (jak na możliwości producenta) jaką Rockstar Games zaoferowało Dazowi Dillingerowi, myślę, że za tą akcją stoją ukryte interesy, jednej albo obu stron.

Raper żąda, aby zniszczyć wszystkie niesprzedane egzemplarze tego przeboju wśród gier komputerowych. Czy to może się udać?

PAULA PUL: W Polsce na pewno. Zgodnie z art.79 prawa autorskiego z tytułu naruszenia praw majątkowych (autorskich lub pokrewnych) uprawnieni mogą żądać od naruszyciela aby: zaniechał naruszenia (np. nie kontynuował dalej czynów naruszających, przerwał przygotowania zmierzające do naruszenia), usunął skutki naruszenia (np. wycofał z rynku egzemplarze), wydał uzyskane korzyści (wydał zysk), naprawił wyrządzoną szkodę na zasadach ogólnych (zapłacił autorowi poniesioną stratę oraz nieosiągnięte korzyści) albo zapłacił w podwójnej lub potrójnej wysokości stosowne wynagrodzenie. Nasz Sąd Najwyższy w jednym ze swoich wyroków orzekł, iż dopuszczalne jest, w przypadku naruszenia autorskich praw osobistych, wystąpienie przez twórcę o zniszczenie egzemplarzy utworu, które wyprodukowane zostały z naruszeniem tych praw, uznając, iż żądanie to mieści się w ramach roszczenia o usunięcie skutków naruszenia.

Od jakiegoś czasu można zobaczyć w sieci, iż muzycy lub zespoły chcąc się wypromować komponują covery znanych nagrań. Czy oni czasem nie łamią prawa?

ALEKSANDRA MACIEJEWICZ: Jest to nieco złożone zagadnienie. Zależy też z jakiego rodzaju coverem mamy do czynienia. Na wstępie należy wskazać, iż samo sporządzenie coveru nie wymaga zgody uprawnionego z praw autorskich do oryginalnego utworu (zwykle właściwą do udzielenia zgody jest odpowiednia organizacja zbiorowego zarządzania, jeśli nie dokonuje tego producent lub wydawca), natomiast jakakolwiek forma rozpowszechnienia, czyli też opublikowanie coveru w Internecie, już tak.

PAULA PUL: Najczęściej spotykamy się z dwoma rodzajami coveru: pierwszy, gdzie wykonawca tylko odtwarza niejako utwór, a jego wkład twórczy jest nieduży, drugi – kiedy dokonuje oryginalnej interpretacji takiego utworu, wtedy cover jest utworem zależnym w rozumieniu ustawy o prawie autorskim. Pierwszy przypadek można potraktować jako tzw. artystyczne wykonanie. Artystycznymi wykonaniami, w rozumieniu ustawy, są w szczególności: działania aktorów, recytatorów, dyrygentów, instrumentalistów, wokalistów, tancerzy i mimów oraz innych osób w sposób twórczy przyczyniających się do powstania wykonania. W przypadku publicznego odtwarzania utworów muzycznych i słowno-muzycznych należy uzyskać zgodę autorów, których twórczość chce się wykorzystywać oraz odprowadzić na rzecz twórców wynagrodzenia, czyli tzw. tantiemy autorskie. Można też zgłosić się do ZAIKS-u, który ma szczególne uprawnienia dzięki konwencji berneńskiej oraz innym umowom bilateralnym z podobnymi organizacjami z całego świata. Tak więc na repertuar ZAiKS-u składają się utwory zarówno autorów polskich jak i zagranicznych. Drugi przypadek, czyli gdy cover powstaje jako utwór samoistny, ale tzw. zależny. Wykonywanie zależnych praw autorskich zależy od treści zezwolenia twórcy oryginału. Jeżeli kontrahent umowy o przeróbce dzieła nie wykona uzgodnionych z twórcą  warunków tej przeróbki, to jego zależne prawo autorskie może być kwestionowane.

ALEKSANDRA MACIEJEWICZ: Jeszcze inaczej sytuacja kreuje się, gdy cover przybiera formę parodii, np. wykonanie oryginalnego utworu w połączeniu z parodiującym klipem. Wówczas można powołać się na „prawa gatunku twórczości” użyte w wyżej wspomnianym prawie cytatu, a więc w formie dozwolonego użytku. Wówczas zezwolenie twórcy czy odpowiedniego OZZa nie jest konieczne. Na marginesie należy wskazać, iż twórca coveru może realizować niezależnie od pierwotnego twórcy utworu swoje własne prawa autorskie, tj. podnosić roszczenia przeciwko osobom trzecim naruszającym jego prawa, np. bez zezwolenia dokonują dalszego rozpowszechniania utworu na youtubie.

A jak jest w przypadku np. skrzypaczki, która dogrywa swoją partię do znanego nagrania i wrzuca na YouTube’a?

PAULA PUL: Mieści się to w kwestiach dotyczących utworu zależnego. Wspomnieć należy, że YouTube (a dokładnie jego właściciel – Google Inc.) podpisał  umowy licencyjne z właściwymi organizacjami zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (tak zwane OZZ-y) działającymi m.in. w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Hiszpanii, w tym również ZAiKS, na podstawie której otrzymuje należności z tytułu publikacji utworów chronionych prawem autorskim. OZZ-y na terenie danego kraju zajmują się repatriacją wynagrodzeń autorskich (dzielenie tantiem na poszczególne osoby).

Coraz więcej zespołów wykorzystuje tzw. crowdsourncing / fansourcing – tzn. mądrość swoich fanów. Na przykład proszą ich, aby przesłali im swoje zdjęcia lub swoje krótkie filmiki, bo chcieliby je umieścić w nowym klipie. Jak ma się ta sprawa w świetle prawa?

ALEKSANDRA MACIEJEWICZ: Każde zdjęcie lub krótki filmik, jeżeli nosi indywidualne piętno, posiada pewien twórczy aspekt, jest utworem w świetle prawa autorskiego. Ustawowo, takim samym twórcą jest zarówno Jeff Koons, jak i osoba wrzucająca na Instagrama zdjęcie obiadu i przysługują im te same prawa. Zespół, który wykorzystuje twórczość fanów, powinien odpowiednio uregulować w umowie, komu będą przysługiwać prawa autorskie na odpowiednich polach eksploatacji. Twórcy przysługuje wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozporządzania nim na wszystkich polach eksploatacji oraz do wynagrodzenia za korzystanie z utworu. Dopiero jeżeli w umowie zostanie wyraźnie stwierdzone, iż przeniesienie autorskich praw majątkowych lub udzielenie licencji nie następuje za wynagrodzeniem – tak właśnie się dzieje. Warto, żeby zespół zabezpieczył się chociażby w tym aspekcie.

We współczesnym świecie najważniejszym kapitałem i bronią jest know-how. Czy w takim razie podstawy z zakresu praw autorskich nie powinny być nierozłączną częścią lekcji z przedsiębiorczości?

PAULA PUL: Jak najbardziej tak. Nie chodzi tu o pustą regułkę, typu nieznajomość prawa szkodzi, ale o też o poszanowanie i odpowiednie wartościowanie, również ekonomiczne, wartości niematerialnych. Może nam się wydawać zabawne, że Procter&Gamble przeprowadził zastrzeżenie znaku towarowego w postaci wiru trąby powietrznej spowodowanej przez detergent i uderzający w brudny garnek. Jednakże pokazywanie korzyści najlepiej ukazać w oparciu o studia przypadków firm, których źródła sukcesu tkwią w działaniach ochronny ich własności intelektualnej. Poza tym niezaprzeczalnym faktem jest, że w dzisiejszych czasach doszło do kompletnej komercjalizacji własności intelektualnej. Przyspiesza proces przeniesienia wyników badań naukowych, myśli naukowej, patentów czy oryginalnych pomysłów na rynek. W wielu firmach prowadzony jest stały monitoring i optymalizacja wyceny własności intelektualnej pod kątem wyboru najlepszego momentu na jej sprzedaż czy komercjalizację. Nie muszę wspominać, iż posiadanie praw własności intelektualnej zmniejsza ryzyko naruszeń, a gdy do nich doszło – ułatwia dochodzenie roszczeń.

Udostępnij ten artykuł

Artykuły

facebooktwitterlinkedin