Bardzo wiele naszych postów na Facebook spotkało się z dużym zainteresowaniem fanów. Wiele z nich jest już niestety tak „głęboko” na naszym wall’u, że trudno na nie trafić. Postanowiliśmy najciekawsze opublikować na blogu w postaci nowego cyklu. Przed Wami kolejna porcja wiedzy – ciekawe historie powiązane z prawem własności intelektualnej;)

 

 

Dumb Starbucks?

13 w piątek, a dokładniej 13.02.2014 r. w Los Angeles została otwarta nowa kawiarnia – Dumb Starbucks. Można w niej zamówić „głupie latte” i „głupie espresso”, a do tego zjeść „głupiego muffina”. Wystrój i logo Dumb Starbucks łudząco przypominają „oryginalnego” Starbucksa, nawet menu jest niemal identyczne. Lokal wywołał ogromną sensację – pojawiły się nawet spekulacje, że to nowy chwyt marketingowy sieci kawiarni, który ma docelowo zwiększyć sprzedaż. Firma jednak zdecydowanie temu zaprzeczyła. Jak się okazało, odpowiedzialny za całe to zamieszanie jest kanadyjski komik – Nathan Fielder, który znany jest ze swoich niekonwencjonalnych metod działania. Rzecznik prasowy Starbucksa oznajmił, że firma Starbucks docenia pomysł, jednak nie wyraża zgody na wykorzystanie swojej nazwy, która jest chronionym znakiem towarowym. Komik za bardzo nie przejął się oświadczeniem rzecznika i w odpowiedzi zapewnił, że jego przedsięwzięcie jest artystyczną parodią kawiarni, w związku z czym jest jak najbardziej legalne jako korzystające z fair use. Dodatkowo, podkreślił, że lokal Dumb Starbucks jest galerią sztuki, a nie zwykłą kawiarnią. Niestety, pomysłowy komik nie przewidział wszystkiego – Departament Zdrowia w Los Angeles zamknął lokal, który, jak się okazało, „działał bez ważnych zezwoleń”. Oczywiście Fielder zapowiedział, że otworzy kolejną „głupią kawiarnię” w innej lokalizacji – na nowojorskim Brooklynie.

 Symbol olimpijski i jego ochrona

Pięć kółek, jak łatwo się domyślić, symbolizuje pięć kontynentów (przy czym Ameryka Północna i Ameryka Południowa potraktowane zostały w  tym przypadku jako jeden kontynent). Autorem tego symbolu jest Pierre de Coubertin, założyciel Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Zmarł on w 1937 r., więc autorskie prawa majątkowe do dzieła wygasły, a sam symbol trafił do domeny publicznej. Jednak symbol olimpijski podlega też ochronie jako międzynarodowy znak towarowy, który uznawany jest za znak notoryjny, czyli taki, który jest powszechnie znany. Jego właścicielem jest Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Ochrona znaku została przewidziana w konwencji paryskiej (Konwencji o ochronie własności przemysłowej z 1883 r.) i w Traktacie z Nairobi w sprawie ochrony symbolu olimpijskiego z 1981 r. W Polsce, wyłączne prawa do używania jakiegokolwiek oznaczenia składającego się z symbolu olimpijskiego lub zawierającego symbol olimpijski oraz nazw Igrzyska Olimpijskie posiada Polski Komitet Olimpijski.

Dlaczego warto dokładnie czytać umowy, czyli historia dr Dre i Steve’a Jobsa

Kojarzycie określenie „pola eksploatacji”? Na pewno mieliście z nimi styczność podpisując chociażby umowę licencyjną albo przenoszącą majątkowe prawa autorskie. Dla wielu to po prostu kolejny wymysł prawników, który powoduje, że umowa staje się mniej czytelna. Nic bardziej mylnego. Wiele lat temu przekonał się o tym dr Dre i Steve Jobs. W czasach, kiedy Dr Dre był współwłaścicielem wytwórni Death Row Records (posiadała ona wówczas prawa do większości utworów hip-hopowych w USA), Steve Jobs był w trakcie uruchamiania iTunesa. Szykowała się piękna współpraca, ALE… Okazało się, że Dr Dre zawarł już kiedyś umowę z inną firmą, w której przekazał prawa do utworów. Ta historia zakończyłaby się już w tym momencie, gdyby nie prawnik Jobsa – Ira Eisenstadt, który poprosił Dr Dre o tę umowę, aby dokładnie przeanalizować jej treść. Jak się okazało, w umowie były wskazane prawie wszystkie znane pola eksploatacji – PRAWIE, ponieważ nie było postanowienia dotyczącego rozpowszechniania utworów w sieci Internet! Dzięki temu Dr Dre i Steve Jobs mogli zawrzeć intratną dla obu stron umowę. Można też pokusić się o stwierdzenie (oczywiście w przenośni), że raper dwukrotnie zarobił na tym samym.

Pamiętajcie, żeby czytać umowy – nie tylko pod kątem wynagrodzenia, ale też, a może przede wszystkim, tego co sprzedajecie i w jakim zakresie.

Najdroższe peruki świata?

30 mln $ – tyle mogą być warte najdroższe peruki świata. Jak to możliwe? Były fryzjer Nicki Minaj (Terrence Davidson) oskarżył gwiazdę o sprzedaż w Internecie splagiatowanych peruk bez jego zezwolenia. Chodzi m.in. o projekty „Pink Upper Bun Wig”, “Fox Fur Wig”, “Pink High Top Wig”, “SuperBass Wig”, “Half Blonde-Half Pink Wig” czy “VS Wig”. Davidson twierdzi, że Nicki Minaj kopiując jego projekty przyczyniła się do powstania szkody majątkowej, liczonej w tej właśnie wysokości. Podobno do wielkości stawki przyczyniło się również to, że peruki stworzone przez fryzjera w pewnym stopniu zdecydowały (jak stwierdził prawnik fryzjera) o powstaniu rozgłosu wokół Minaj i de facto przyspieszyły jej drogę do sławy.

A czy w Polsce peruka może być chroniona prawem autorskim? Tak, ale oczywiście z zastrzeżeniem, że nie każda. Zawsze należy rozpatrzyć, czy obiekt (w tym wypadku peruka), które pretenduje do miana utworu, spełnia wymóg indywidualności i twórczej pracy autora.

Na marginesie – skoro według SN kompozycja z kwiatów może być przedmiotem prawa autorskiego, to dlaczego takim nie może być również kompozycja z włosów?

Najbardziej absurdalne akcje Facebooka

Mark Zuckerberg bardzo nie lubi, gdy ktoś próbuje wykorzystać popularność nazwy facebook. Bez względu na to, czy jest to wyimaginowane prawdopodobieństwo konfuzji użytkowników, czy też zwyczajowe użycie powszechnie znanych słów „face” lub „book”. Bardzo ciekawe spory toczyły się o takie witryny jak Teachbook (portal dla nauczycieli), Lamebook (serwis zbierający lamerskie posty z fb) czy Faceporn (łatwo się domyślić).

Jednak Facebook ma już swoim koncie zdecydowanie bardziej absurdalne spory. BreakYourFacebook.com to aplikacja, która pozwala użytkownikom kontrolować, ile czasu spędzają na Facebooku. Cody Romano, twórca tego narzędzia, został uprzejmie poinformowany, że Facebook, choć szanuje prawo wypowiedzi oraz chęć do prowadzenia działalności gospodarczej w Internecie, musi niestety też egzekwować prawa do ochrony „swojego cennego i słynnego znaku towarowego”- w związku z czym Romano ma natychmiast wyłączyć swoją stronę. Jak się zapewne domyślacie, autorowi aplikacji nie spodobało się takie zagranie, dlatego teraz pod adresem BreakYourFacebook.com możecie znaleźć link, który umożliwia trwałe usunięcie swojego konta 😉

Społeczeństwo oczywiście nie pozostaje dłużne – na wielu forach i blogach można przeczytać niepochlebne opinie o prawnikach Facebooka. Warto wspomnieć, że sam Facebook również jest pozywany, np. przez Timelines, Inc. (o naruszanie przez facebookową oś czasu znaku towarowego tej firmy) czy walka z FiftyThree o nazwę „Paper”.

A może self-publishing?

Nie da się ukryć, że w Polsce zauważalna jest tendencja do traktowania self-publishingu jako gorszej jakości publikacji autorów, których odrzuciły „tradycyjne” wydawnictwa. To bardzo krzywdząca opinia. Przecież tzw. chęć samopublikowanie może wynikać z wielu powodów – nie tylko z braku porozumienia z wydawnictwem, a np. z racji czysto osobistego przedmiotu publikacji, który wymogi wydawnicze mogłyby tylko „popsuć”. Poza tym, wydając książkę samemu, poza własnymi kosztami jej wydania, można mieć do 100% przychodu zamiast zazwyczaj oferowanych przez wydawnictwo 10%. Na powodzenie self-publishingu może wskazywać m.in. sukces Amandy Hocking albo fakt, że około 10% Islandczyków wydało co najmniej jedną własną książkę. W Polsce zjawisko self-publishingu powoli się rozwija – działają takie firmy jak Virtualo czy Simple Publishing.

RADA: Autorzy, wydając książkę przez wydawnictwo, zazwyczaj przenoszą całość autorskich praw majątkowych na wszystkich możliwych polach eksploatacji (zapewne podpisywaliby również na pola eksploatacji, które są nieznane w chwili zawarcia umowy, gdyby ustawa tego nie zabraniała). Nie jest to zbyt korzystne działanie. Jeżeli wydawca chce wydać książkę tylko w formie papierowej, nie przenoście swoich praw np. na polu Internet. W końcu, jeśli wydawca jednak zdecyduje się później na nowe formy wydawnicze, możecie w każdej chwili zawrzeć aneks do umowy (a przy okazji Wy możecie zażądać dopłaty).

Ile kosztuje dobry logotyp?

Przedstawiamy Wam historię najbardziej rozpoznawalnych i najtańszych logotypów na świecie.

 Coca-cola: koszt – 0$

Logo zostało zaprojektowane przez Franka M. Robinsona, partnera Johna S. Pembertona, twórcy receptury coca-coli. Robinson zapisał ją popularnym wówczas w USA stylem pisma (Spencerian Script), używanym do korespondencji biznesowych. Do tej pory logo nie uległo zbyt wielu zmianom.

Nike: koszt – 35$

Carolyn Davidson  – nikomu wówczas nieznana studentka projektowania graficznego, to ona zaprojektowała logo Nike. Jednak założyciel firmy– Phil Knight, nie był zadowolony z efektów jej pracy. Jego zdaniem, logotyp nie niósł za sobą żadnego przekazu i nie miał żadnego związku z branżą. Jak sam powiedział: “Well, I don’t love it, but maybe it will grow on me”. A współcześnie? Swoosh od Nike’a to symbol dynamiki, sukcesu i zwycięstwa 😉

 Twitter: koszt – 15$

Logo zostało pobrane z iStocka. Mały wydatek wynika z faktu, że ptaszek oficjalnie wcale nie jest logiem Twittera, a stanowi jedynie dodatkowy element ozdobny strony.

The Wu – Once Upon a Time in Shaolin – będzie najdroższy album świata?

The Wu – Tang Clan to legenda sama w sobie, ale to, co postanowili zrobić RZA i Tarik „Cilvaringz” Azzougarh, nie zrobił jeszcze nikt. Album, który przez ostatnie 2 lata grupa nagrywała w tajemnicy, ma być sprzedany tylko w jednej kopii. Ale nie byle jakiej – ma to być prawdziwe dzieło sztuki, w posrebrzanej szkatule, rzeźbionej ręcznie przez 3 miesiące przez artystę Yahya. Zanim jednak dojdzie do sprzedaży, album będzie, jak na prawdziwe dzieło sztuki przystało, wystawiany w muzeach i galeriach na całym świecie. Fani, po wcześniejszej szczegółowej kontroli osobistej, będą mogli go posłuchać. The Wu – Tang Clan chce tym działaniem zapoczątkować debatę na temat wartości muzyki. Zdaniem grupy, wartość muzyki w dzisiejszych czasach została zredukowana praktycznie do zera. Cena minimalna za album nie została określona, ale podobno padła już oferta zakupu za 2,5 mln $.

Idea sprzedaży tylko jednego albumu nie spodobała się fanom, w związku z czym na Kickstarterze rozpoczęli oni kampanię, której celem jest uzbierania kwoty 5 mln $ na zakup albumu i udostępnieniu go w sieci za darmo. Inicjatorzy akcji planują także loterię fizycznych kopii albumu wśród osób, które poprą projekt. Twórcami projektu są Russell Meyer i Calvin Okoth – Obbo. Jak twierdzą – jedyne, czego się obawiają, to nie reakcja RZA na pozytywny wynik ich kampanii, a problemy prawne związanych z redystrybucją muzyki.

A jaki finał miałaby ta historia, gdyby działa się w Polsce? Teoretycznie mamy instytucję wyczerpania prawa autorskiego, dominuje jednak pogląd, że dotyczy to tylko materialnych nośników, na których znajduje się utwór. Pamiętajcie przy tym, że przeniesienie własności egzemplarza utworu nie powoduje przejścia autorskich praw majątkowych do utworu (a wiele osób jednak nadal uważa, że jest inaczej). ALE przejście autorskich praw majątkowych nie powoduje przeniesienia na nabywcę własności egzemplarza utworu.

 Historia Magicznej Kostki, czyli Kostki Rubika 

Ilość kombinacji różnych ułożeń Kostki Rubika 3x3x3 wynosi ponad 43 tryliony, a rekord jej ułożenia z marca 2013 roku wynosi 5.55 sekundy.

Twórcą kostki jest Ernő Rubik, urodzony w Budapeszcie. Niemal od razu po stworzeniu swoich pierwszych kostek, Rubik zajął się kwestią patentu – odpowiedni wniosek złożył 30 stycznia 1975 roku. Dzięki temu, Ernő Rubik stał się pierwszym prywatnym milionerem w bloku komunistycznym. W trakcie, gdy trwało rozpatrywanie jego zgłoszenia patentowego, Terutoshi Ishige japoński inżynier-samouk, również złożył w japońskim urzędzie patentowym wniosek o udzielenie patentu na niemal identyczny mechanizm. Patent został mu przyznany w 1976 roku. Pewnie zastanawiacie się jak to możliwe? Otóż, japońskie prawo patentowe nie wymagało wówczas nowości na skalę międzynarodową dla przyznania patentu, wystarczyła jedynie odkrywczość na terenie Japonii.

Grecka litera PI zastrzeżony znakiem towarowym?

Poznajcie Paula Ingrisano, nowojorskiego artystę, który rozpoczął właśnie walkę o swój znak towarowy, który zastrzegł w U.S. Patent and Trademark Office. Ten znak to grecka litera, symbol PI.

Jako pierwszy o tym, że to nie żart, przekonała się platforma Zazzle. Otóż firma otrzymała wezwanie do zaprzestania naruszeń prawa Ingrisano z rejestracji znaku towarowego, a koszulki z nadrukami wykorzystującymi symbol PI miały zostać usunięte. Wzbudziło to uzasadnione oburzenie wśród Internautów – jak stała matematyczna może być czyjąś własnością? Jez Kemp, właściciel Zazzle, porównał to do sytuacji, w której McDonald’s ze swoim znakiem towarowym w postaci charakterystycznego „M” zabroniłby używania litery „m” bez jego zezwolenia. Po dwóch dniach od zdjęcia z oferty produktów z symbolem PI, sprzedaż tych wzorów została wznowiona. Jednak oburzenie Internautów pozostało.

Dodajmy tylko, że w dokumentach rejestracyjnych wyraźnie zostało wskazane: „Description of Mark: The mark consists of the pi mathematical symbol followed by a period.”. Nie jest to więc zastrzeżenie abstrakcyjnego symbolu matematycznego, ale określonej jego ilustracji.

„Dope” – wystarczy do udzielenia licencji?

Każdy z nas zna Beastie Boys. Wielu pewnie też wie, że zespół nie lubi wykorzystywania swojej twórczości w reklamach i od lat odrzuca wszystkie oferty. Nieżyjący Adam ‚MCA’ Yauch umieścił nawet odpowiedni zapis w testamencie: „W żadnym wypadku mój wizerunek, nazwisko ani też żadna muzyczna lub artystyczna własność, wytworzona przeze mnie, nie będzie wykorzystana w celach reklamowych”.

Jednak w 2012 r., kilka utworów Beastie Boys zostało wykorzystanych w reklamach Monster Energy drink – chodziło o film promocyjny zamieszczony na ich stronie internetowej wraz z medley piosenek Beastie Boys, udostępnionych do pobrania jako Mp3. Utwory zostały wykonane w ramach live set DJ Z-Trip’a, na sponsorowanym przez Monstera festiwalu Ruckus in the Rockies. Hiphopowcy oczywiście pozwali Monstera o naruszenie ich praw autorskich.

Co ciekawe, sprawa toczyła się o interpretację słowa „Dope!”. Według opinii prawnej wydanej w sprawie, pracownik Monstera, który po festiwalu wysłał Z-Trip’owi wstępnie zmontowany film promocyjny zinterpretował jego „Dope!” jako pozwolenie na ruszenie z video na stronie internetowej Monstera. Jednak jak się później okazało w zeznaniach Z-Trip’a, była to jego zdaniem wyłącznie aprobata na wykorzystanie swojego wizerunku w filmie. Większość opinii prawnej poświęcono prawnej definicji słowa „dope” oraz czy można je traktować jako udzielenie licencji.

Jak zauważył sąd – „W odpowiednim kontekście, słowo ‘Dope!’ z pewnością może być traktowane jako wyraz zatwierdzenia i przyjęcia oferty. Lecz tutaj, wykrzyknik Z-Trip’a ‘Dope!’ był odpowiedzią na zdanie pracownika ‚Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmu z ostatniego weekendu, daj znać, jeżeli go potwierdzasz”. Sąd stwierdził, że takie użycie „Dope!” było właśnie zatwierdzeniem wideo, ale nie można uznać tego słowa za pozwolenie na rozpowszechnienie użytej w nim muzyki.

Sąd federalny orzekł na rzecz Beastie Boys 1,7 mln $ za bezprawne wykorzystanie ich piosenek. Monster zapowiedział odwołanie od wyroku. Jak twierdzi, kwota jest „nielogiczna”. Wideo było w sieci zaledwie 5 tygodni i obejrzało je tylko 14 tys. użytkowników.

K jak N, czyli spór New Balance z Karlem Lagerfeldem

Mieliśmy nie pisać o aferze związanej z najnowszym modelem butów Karla Lagerfelda i New Balancem. Jednak gdy po raz kolejny trafiliśmy na artykuł mówiący o plagiacie albo o tym, jak NB żąda odszkodowania za naruszenie swoich praw autorskich, „bo oba modele butów są identyczne”, postanowiliśmy jednak dodać kilka słów od siebie.

Zdaniem przedstawicieli New Balance, dyrektor kreatywny Chanel zbyt mocno „zainspirował się” kultowym butami New Balance. Rzeczywiście, według przeciętnego obserwatora, design obuwia Lagerfelda i modelu 574 New Balance’a jest niemal identyczny, a jedyną większą różnicą jest duża litera „K” zamiast „N”. Zwróćcie jednak uwagę, że przy designie, który jakby nie patrzeć, jest ograniczony klasycznym kształtem obuwia i jego utylitarnymi funkcjami, czasami nawet niewielkie odrębności, mogą stanowić o indywidualności wzoru. Naszym zdaniem tej oryginalności nie można odmówić modelowi Lagerfelda.

W tym przypadku, co najwyżej mogłoby dojść do naruszenia prawa ochronnego na znak towarowy. Jednak wówczas NB musi wykazać, że znak „K” wywołuje konfuzję u konsumenta, który łatwo może pomylić go ze znakiem „N”. O ile jednak font rzeczywiście może być podobny, o tyle mamy tutaj do czynienia z zupełnie różnymi literami, które trudno ze sobą pomylić.

Pamiętajcie też, że typowy zarzut plagiatu polega na tym, że jeden autor włącza do swojej pracy treści zaczerpnięte bezpośrednio z pracy innego autora, bez podania źródła, w taki sposób, że może dojść do przywłaszczenia autorstwa danego materiału lub wprowadzenia w błąd, co do jego autorstwa. Jeżeli do materiału wprowadzane są większe twórcze zmiany, nie możemy mówić o plagiacie w rozumieniu prawa autorskiego.

Kim Dotcom rozdaje 5 mln $

Za co? Za ujawnienie spisku amerykańskiego rządu wymierzonego w Megaupload, którego jest założycielem.

Kim założył tę spółkę w 2005 roku, jednak 19 stycznia 2012 r. została zamknięta przez Departament Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych, a 20 stycznia 2012 r. sam Kim został aresztowany przez nowozelandzką policję we współpracy z FBI.

Zgodnie z zarzutami, Megaupload naruszał prawa autorskie m.in. wytwórni fonograficznych oraz filmowych generując ok. 0,5 mld $ strat po stronie właścicieli praw. Kim oskarżony został również o stosowanie zachęt finansowych dla osób wgrywających do serwisu treści z naruszeniem prawa. Rząd USA złożył wniosek o ekstradycję – o jej wykonanie walczy do dziś.

A skąd w tej historii aż 5 mln $? Podobno Dotcom ma nadzieję na pomoc whistleblowera lub jakiegoś pracownika agencji rządowej USA (kolejnego Edwarda Snowdena?), który dzięki tak wysokiej sumie będzie miał większą motywację do ujawnienia informacji z wewnątrz.

Dobra passa Dotcoma trwa. W kwietniu tego roku High Court w Auckland orzekł, że jego własność zatrzymana po nalocie w 2012 roku (z udziałem helikopterów i dziesiątek funkcjonariuszy) ma zostać zwrócona. Po zdjęciach, które Kim opublikował na swoim Twitterze widać, że bardzo się cieszy z ich powrotu m.in. kolekcji luksusowych aut, takich jak Rolls Royce, Lamborghini czy Maserati.

Dobra karta Dotcoma może się jednak szybko odwrócić. Otóż w kwietniu tego roku największe wytwórnie filmowe Hollywood: Picture Motion Studio, Fox, Disney, Paramount, Universal, Columbia i Warner zwarły szeregi i złożyły pozew do U.S. District Court przeciwko Dotcomowi z tytułu łamania ich praw autorskich.

Nie wzruszyło to jednak szczególnie Kima Dotcoma, który po zamknięciu Megaupload uruchomił nową stronę pod nazwą Mega (jest niemal identyczna jak poprzednia), na którą zaledwie w ciągu godziny zarejestrowało się ponad 100 tys. użytkowników. Co ciekawe, powołał on nawet The Internet Party: ugrupowanie polityczne, które w tym roku ma wystartować w wyborach parlamentarnych w Nowej Zelandii.

Bez dwóch zdań, Kim Dotcom to barwna postać – już jako dziecko został parę razy skazany za handel numerami skradzionych kart kredytowych czy szpiegostwo komputerowe.

Bóg oskarżony o działania szkodliwe dla ludzkości?

To nie żart, w 2007 roku amerykański senator, Ernie Chambers, wytoczył proces przeciwko Bogu m.in. za groźby terrorystyczne kierowane pod adresem ludzi. Senator oskarżył również Boga o spowodowanie śmierci niezliczonej liczby ludzi, przez co stanowi on śmiertelne zagrożenie dla niego oraz dla jego wyborców. Co ciekawe, Bóg złożył odpowiedź na ten pozew, a nawet dwie odpowiedzi. W pierwszej podważył on zawarte w pozwie oskarżenia, w drugiej zaś podniósł, że nie podlega ziemskim prawom, więc sąd nie ma nad nim jurysdykcji. Świadkiem Boga został Michał Archanioł. Pierwszą odpowiedź na pozew sporządził prawnik z Teksasu, co do drugiej – niestety nie wiadomo.

Pozew został jednak oddalony z uwagi na fakt, że adres pozwanego jest nieznany, przez co pozew nie mógł zostać mu doręczony. Co ciekawe, senator z powyższego orzeczenia wywnioskował, że w takim razie sąd przyznał, iż Bóg istnieje. A jeżeli istnieje – nie można odmówić mu wszechwiedzy, także na temat toczącej się przeciwko niemu sprawy. Sprawa miała swój dalszy ciąg – była apelacja, orzekał również Sąd Najwyższy.

Jaki był jednak prawdziwy powód pozwu Chambersa? Otóż, wszczął on proces w odpowiedzi na frywolny i niepoprawny formalnie pozew kobiety, która pozwała sędziego sądu federalnego za to, że użył takich słów jak „gwałt”, „napaść na tle seksualnym”, „ofiara” i „napastnik” w wyroku. Senator swoim pozwem chciał zadrwić z mankamentów amerykańskiego systemu sądowego, w którym każdy może pozwać każdego, nieraz o prawdziwą głupotę.

 Tetris nie zapewnił bogactwa autorowi…

W tę grę grał chyba każdy z nas. Jej autorem jest rosyjski programista, Aleksiej Pażytnow. Tetrisem zapoczątkował on trwającą od lat falę popularności gier logicznych, takich jak np. „Candy Crush Saga” czy „2048”. Sama gra zyskała już status gry wszechczasów – na całym świecie sprzedano ponad 150 mln kopii, na praktycznie każdą platformę sprzętową i konsolę do gry. Czy w związku z tym zapewniła autorowi bogactwo?

Jak zapewne się domyślacie, socjalizm nie był ustrojem sprzyjającym komercyjnej produkcji gier komputerowych. W Związku Radzieckim biznes prywatny nie istniał: Pażytnow musiał zrzec się praw autorskich na rzecz państwa, oczywiście nie otrzymując żadnego udziału w zyskach z jej sprzedaży. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, prawo do rozpowszechniania gry miało już kilka firm, które produkowały gry komputerowe dla graczy w USA, Europie i Japonii.

Pażytnow zapytany o komentarz do całej historii, odpowiedział tylko: „Straciłem przez to poczucie humoru”. Gdyby Pażytnow urodził się w innym kraju, byłby pewnie teraz tak samo znany i bogaty jak na przykład Bill Gates, a jego nazwisko wymieniano by wśród największych wizjonerów branży informatycznej…

Autor w latach dziewięćdziesiątych przeniósł się do USA, gdzie zawodowo zajmuje się pisaniem gier. Żadna jednak nie osiągnęła już takiego sukcesu jak Tetris…

Czerwonoskórzy zmienią nazwę?

Amerykański Urząd Patentowy orzekł, że nazwa klubu futbolowej ligi NFL Washington Redskins jest obraźliwa dla rodowitych Amerykanów, w związku z czym trzykrotny zwycięzca Super Bowl stracił ochronę prawną na swoją nazwę, która była zastrzeżonym znakiem towarowym.

Kontrowersje istniały już od 1933 r., kiedy to współwłaściciel drużyny George Preston Marshall nazwał ją właśnie w ten sposób. W USA określenie ‘czerwonoskóry’ jest uznawane za rasistowskie. Pomimo tego, kolejni właściciele drużyny uparcie odmawiali zmiany nazwy, powołując się na związane z nią skojarzenia z odwagą i siłą.

Jednak w 1992 r. przeciwko drużynie wystąpiła grupa rdzennych mieszkańców Ameryki pod przywództwem Suzan Shown Harjo (z plemienia Cheyenne i Hodulgee Muscogee). W walkę zaangażowały się m.in. organizacje broniące praw grup społecznych, politolodzy, połowa senatorów Stanów Zjednoczonych, a nawet prezydent Barack Obama. Co ciekawe, nawet burmistrz Waszyngtonu zasugerował, że dopóki nazwa nie ulegnie zmianie, klub nie będzie mógł wybudować nowego stadionu w mieście.

Adwokat Redskins zapowiedział, że drużyna nie zmieni swojej nazwy, pomimo utraty prawa ochronnego na swój znak towarowy … Czekamy na dalszy rozwój wydarzeń.

 

Podobał Ci się artykuł?

Podziel się ze znajomymi lub zapisz do subskrypcji by otrzymać informacje o najnowszych wpisach

Możliwość komentowania jest wyłączona.