Internet to takie przyjemne miejsce, gdzie ludzie wyrzekają się swoich konsumpcyjnych narowów i dzielą się wszystkim ze wszystkimi za darmo. W tej magicznej krainie, człowiek, który „w realu” zarabia na życie fotografią, tutaj żyje non profit (oczywiście nie licząc profitów ze sławy, której przysparza mu jego fotografia na jednym z najbardziej poczytnych blogów, z podpisem Źródło: Pinterest). W Internecie panuje niemal utopijna wolność i równość – tak samo można „skorzystać” z talentu Helmuta Newtona, jak Jurka z Nevady. Nie mogę wypowiadać się za fotografa, który być może życzy sobie jak najszerszego grona odbiorców albo pragnie pozostać anonimowy czy uprawiać l’art pour l’art, niemniej jedno jest pewne – „w Internecie” obowiązuje ta sama ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, jak „w realu”.

Jako że zaczęłam w nieco zgrywnym tonie, chwilę nim jeszcze podążę z wykorzystaniem ulubionych, internetowych mitów dotyczących wykorzystania fotografii znalezionych w Google Grafika bądź innych Tumblrach. Nadmienię jednak, iż w niektórych „prawniczych” legendach tkwi ziarno prawdy. Przykładowo – spotkałam się ze stanowiskiem, iż oznaczenie autorstwa i źródła fotografii czyni jej udostępnienie legalnym. Jednakże oznaczenie zdjęcia przez korzystającą z niego osobę nie jest żadną „zapobiegliwością” z jej strony – ten obowiązek istnieje niezależnie od okoliczności: czy ma ona pozwolenie na wykorzystanie fotografii czy nie, albo czy udostępnienie wiąże się z dozwolonym użytkiem, czy też nie. Autorstwo fotografii oraz prawo do oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem, to tylko niektóre aspekty autorskiego prawa osobistego, którego twórca nie może się „pozbyć”, chociażby chciał. Nawet najbardziej liberalne licencje Creative Commons zastrzegają warunek uznania autorstwa (należy odpowiednio oznaczyć autorstwo utworu).

„Skąd mam wiedzieć, kto zrobił to zdjęcie (pewnie jest niczyje)”.

Rzeczywiście, taka okoliczność wydawać by się mogła wystarczającym usprawiedliwieniem nieposiadania przez blogera zezwolenia na rozporządzanie cudzą twórczością. Jednak zależność jest prosta – umieszczanie fotografii na blogu wymaga na to zgody jej twórcy, brak zgody prowadzi do naruszenia prawa. Oczywiście istnieją ustawowe przesłanki wyłączające ten obowiązek, jednak wśród nich nie ma domniemania „bezpańskości” zdjęcia. Co więcej, art. 16 polskiego prawa autorskiego nie pozwala autorom na zrzeczenie się autorskich praw osobistych, o czym wspominałam powyżej. Faktycznie, wolno rozpowszechniać opublikowane utwory plastyczne i fotograficzne, o ile nawiązanie porozumienia z twórcą celem uzyskania jego zezwolenia napotyka trudne do przezwyciężenia przeszkody – jednak ustawa dopuszcza ten wyjątek w ramach tworzenia encyklopedii i atlasów, nie zaś blogów.

„Fotograf wrzucając swoje zdjęcie do neta, godzi się na to, iż staje się ono dobrem publicznym”.

Uściślijmy – w polskim prawie autorskim nie funkcjonuje taka instytucja jak „dobro publiczne”. Chociaż może być ono mylnie kojarzone z tzw. domeną publiczną (która również nie jest ustawowym pojęciem i nie jest prawnie regulowana). Należy uznać, iż udostępnienie przez fotografa zdjęcia w jednym miejscu w Internecie (np. w portfolio na stronie internetowej swojej agencji) nie jest równoznaczne z udzieleniem przez niego zgody (nawet w sposób dorozumiany) na jego publikację w całej sieci. Podkreślenia również wymaga, iż brak noty copyright ©, także nie stanowi o braku prawa autorskiego do utworu, a tym bardziej, że autor się go „wyrzekł”.

Z innymi naszymi odpowiedziami na mity dotyczące prawa autorskiego, możesz zapoznać się tutaj (wywiad z Aleksandrą i Paulą). 

Po tym nieco trywialnym fragmencie, chciałabym poruszyć kwestię jednej z instytucji dozwolonego użytku, którą zdaje się najczęściej być „usprawiedliwiane” wykorzystanie cudzej twórczości bez wiedzy i zgody twórcy (nie wspominając już o wynagrodzeniu). Mowa tu o tzw. prawie cytatu. Zacząć należy od powołania przepisu, który reguluje owo prawo, mianowicie art. 29 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, stwierdza, iż wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości.

Podstawową kwestią jest sprecyzowanie, spełnienie jakich przesłanek wskazanych w wyżej cytowanym art. 29, uwalnia „cytującego” od odpowiedzialności (karnej i cywilnej) wynikającej z ochrony prawnoautorskiej. Najistotniejsza jest konieczność wykorzystania cytatu we własnym utworze. Nie wystarczy wykazanie, iż zastosowanie cytatu było uzasadnione recenzją czy nauczaniem, jeżeli wykorzystujący daną fotografię ograniczył się jedynie do jego przywołania, bez własnego, twórczego wkładu. Zaimportowany utwór (cytat) musi stanowić część nowego, oryginalnego utworu. Przytoczenie cudzego obrazu jest dozwolone, jeżeli następuje w celu określonym w art. 29, przy czym przytaczany utwór musi pozostawać w takiej proporcji do wkładu twórczości własnej, aby nie było wątpliwości co do tego, że powstało własne dzieło.

Następną istotną kwestią w tzw. prawie cytatu jest to, iż w art. 29, nie chodzi o rozmiar przytaczanego we własnym dziele utworu, lecz o ich korelacje i funkcję cytatu. W pewnych przypadkach uzasadnione może być nawet przytoczenie cudzego utworu w całości, jeżeli następuje to w celu:

  1. wyjaśniania,
  2. analizy krytycznej,
  3. nauczania
  4. lub uzasadnione jest prawami gatunku twórczości (tj. parodia czy kolaż).

A więc przepis wymaga by cytowany utwór pełnił względem własnej twórczości ustawowo określoną rolę. Niniejsze wyliczenie funkcjonalnych zależności pomiędzy tworem blogera a cytowanym obrazem, eliminuje, przykładowo, skorzystanie z fotografii w celu zilustrowania lub przyozdobienia wpisu. Ponadto, jeżeli mowa o cytacie plastycznym, którym posługują się takie gatunki twórczości jak np. kolaż, to trzeba zwrócić uwagę, że powstające w ramach takiego gatunku utwory, aby mogły być uznane za samodzielne, muszą na tyle zmieniać sens i sytuację przejmowanego utworu, by było wiadomo, że przedstawiają własne spojrzenie na problematykę zawartą w utworze inspirującym i nie są zwykłym naśladownictwem. Tylko wtedy przejęcie cudzej twórczości nie wymaga zgody twórcy.

Wielu fotografów docenia, iż osoba zainteresowana rozpowszechnieniem jego twórczości zwraca się o zgodę na udostępnienie i często, szczególnie w przypadku blogów niekomercyjnych, takiego pozwolenia bez problemu udziela. Creative Commons również jest tu nieocenionym źródłem wszelakiej twórczości, przy czym wyszukiwarka http://search.creativecommons.org/ znacznie usprawnia legalną aktywność blogera. Również sama wyszukiwarka grafiki Google umożliwia łatwe odnalezienie dzieła udostępnianego na wolnej licencji – wystarczy odpowiednia opcja w Zaawansowane wyszukiwanie grafiki.

Podsumowując pozwolę sobie uprościć problematykę udostępniania cudzej twórczości – umieszczenie na blogu fotografii bez zgody jej twórcy stanowi naruszenie prawa autorskiego. Spekulowanie w kwestii legalnego rozpowszechnienia twórczości bez pozwolenia autora powinno następować po wyczerpaniu wszelakich środków na uzyskanie takiej zgody. Wyjątkiem będzie sytuacja, gdy określona fotografia nigdy nie była objęta ochroną prawnoautorską (przykładowo nie jest to zdjęcie twórcze) lub prawa do niej wygasły (upłynęło 70 lat od daty śmierci twórcy zdjęcia). Pamiętajmy również, iż można korzystać z utworów w granicach dozwolonego użytku pod warunkiem wymienienia imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Można domniemywać, iż nie byłoby problemu z obrazami, których „autorem” jest Google, gdyby w łańcuszku udostępniania zdjęcia, nie pojawiła się osoba, która nie podała autorstwa dzieła.

Więcej o prawnych aspetkach blogowania: